Na początku odpowiedzmy sobie samym. [ 1 ] Czy jako ludzkie istoty odczuwamy miłość? Czy dajemy wyraz miłości? Czy miłość jest naszym przyjacielem czy też budzącym przerażenie wrogiem? Czy pozwalamy sobie samym na doświadczanie odczuwanej przez nas miłości czy też wypieramy to doświadczenie? Czy posiadamy zespół zachowań doświadczenia miłości? Czy posiadamy coś na kształt dziesięciu kaset, spośród których możemy wybrać jedną, aby włożyć ją do odtwarzacza video naszych zewnętrznych zachowań, aby móc wyrazić w sposób właściwy nasze odczucia miłości? A może mamy dziesięć dyskietek, z których możemy włożyć jedną do "komputera naszych zachowań" celem wybrania i dopasowania jednej z nich do właściwych wyrazów naszych odczuć?

Miłość można okazać na wiele sposobów: zaoferować słowo pokrzepienia, podać pomocną dłoń, zrobić zakupy dla kogoś chorego, spędzić jakiś czas z więźniem w zakładzie karnym, wyjść na spacer z osobą w podeszłym wieku, wysłuchać kogoś, kto dzieli się radosnym doświadczeniem, odpowiedzieć na czyjeś pytanie, wyjąć komuś drzazgę, zanieść komuś posiłek na plażę, odnieść do sklepu zabraną przez pomyłkę rzecz, spędzić resztę życia ze współmałżonkiem - oto niektóre przykłady.
Czy jesteśmy wolni w doświadczaniu odczuwanej przez nas miłości wobec tych, którzy nas otaczają? Czy jesteśmy nieskrępowani w wyrażaniu jej? Co mówi do nas Bóg poprzez nasze doświadczenia miłości?
Spójrzmy na naszego Pana. Kiedy Jezus kochał? Czy Jezus kiedykolwiek odczuwał miłość i dawał temu wyraz? Odpowiedź znajdujemy, gdy w modlitewnej kontemplacji spoglądamy na Jezusa, przygarniającego małe dzieci i przytrzymującego je w swych ramionach, na Jezusa spoglądającego z wielką miłością na wdowę z Nain, Jezusa wskrzeszającego jej syna. Tak! Jezus odczuwał miłość i dawał temu wyraz. Oznacza to, że odczuwać miłość i dawać jej zewnętrzny wyraz to znaczy to samo, co być "świętym" na podobieństwo Boga.
"Ludzie przyprowadzali mu małe dzieci, aby je dotykał. Uczniowie ich odganiali. A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: «Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego». I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je" (Mk 10,13-16).
Powróćmy teraz do Nain, gdzie przybył Jezus ze swoimi uczniami i towarzyszącym mu sporym tłumem. "Gdy był blisko bramy miasta, zdarzyło się, że wynoszono zmarłego człowieka: jedynego syna wdowy. Znaczna część mieszkańców miasta towarzyszyła jej. Kiedy Pan ujrzał ją, użalił się nad nią. «Nie płacz!» - powiedział. Potem przystąpił, dotknął się mar - a ci, którzy je nieśli, stanęli - i rzekł: «Młodzieńcze, tobie mówię wstań». Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce" (Łk 7,11-16).
Czy jesteśmy wolni w odczuwaniu i wyrażaniu miłości, tak jak to czynił Jezus? Czy odczuwamy w sobie wezwanie, aby żyć tak, jak żył Jezus? O czym mówi do nas Bóg poprzez nasze codzienne doświadczenie miłości? Pozwólmy Bogu, aby nas poruszył! Pozwólmy Bogu, aby nas oświecił i zainspirował, abyśmy byli w stanie wybrać właściwe środki wyrazu dla naszych odczuć!
Gdy przyjrzymy się w naszych sercach i umysłach owym doświadczeniom miłości, gdy zbadamy nasze sumienia, napotkamy łaskę spotykającego nas Boga. Bóg objawia swoją obecność, łaskę postrzegania Jego samego we wszystkich rzeczach, objawia siebie samego. Bóg pokazuje, że znajduje się blisko nas, ukazuje nam, że osobiście troszczy się o każdego. Ujrzenie tego jest darem, jest łaską. Dana jest ona tym, którzy o nią proszą i którzy pozwalają Bogu, by jej im udzielił. I to jest właśnie to, czym rzeczywiście jest rachunek sumienia - daniem Bogu czasu oraz okazji aby udzielił nam swojej miłości i łaski, abyśmy mogli ujrzeć Boga we wszystkich rzeczach.
Gdy spoglądamy na samych siebie, badając nasze sumienie, bierzemy pod uwagę nasze doświadczenia miłości. Czyniąc to, wystawieni jesteśmy na wiele wymiarów tego doświadczenia. Istnieją pewne elementy egocentryzmu, czułe zainteresowanie Bogiem w naszym osobistym doświadczeniu. Odczuwamy pewną intymną obecność Boga w naszym doświadczeniu i czujemy głębokie zaproszenie ze strony Boga, abyśmy byli bardziej otwarci i szczerzy w kwestii tego, kim naprawdę jesteśmy. Otrzymaliśmy Boże słowo skierowane do nas poprzez nasze doświadczenia. To wszystko jest modlitwą. Jest to doświadczanie Boga w naszym codziennym życiu, nasze codzienne doświadczanie miłości, darów Ducha Świętego: mądrości, rady, świętości, poznania, wytrwałości, rozeznania i miłości. Naszą odpowiedzią jest otwarcie się na Boga, zwrócenie się do Boga z zaufaniem oraz poddaniem się prowadzącej dłoni Bożej. Wydajemy samych siebie łasce. Ofiarujemy siebie Bogu, wkraczając w codzienne doświadczenia miłości.
Pozwólmy naszemu Bogu być blisko nas i objawić Jego obecność w nas. Spójrzmy na nasze codzienne doświadczenia miłości Chrystusa, naszego Boga. Zastanówmy się nad tym wszystkim w modlitewnej refleksji.
Warto także przyjrzeć się naszym codziennym doświadczeniom radości. W miarę pogłębiania się nawyku refleksji, przypatrujmy się radości, jaką odczuwamy, oglądając wschód słońca, czy wykonując pracę, która może przynieść sukces. Dostrzegamy radość, jaką odczuwamy, gdy żwawo kroczymy po lesie, gdy pływamy w jeziorze czy też gotujemy wspaniałe posiłki, gdy gramy na pianinie, gdy słuchamy Słowa Bożego, gdy tańczymy, słuchamy wspaniałej muzyki, gdy dzielimy się przeżyciami na modlitwie z Bogiem... Naszą odpowiedzią jest RADOŚĆ! Odpowiadamy wdzięcznością.
Co jest twoim doświadczeniem radości? Czy odczuwasz radość? Czy jesteś radosny? Czy możesz cieszyć się z siebie samego? Czy możesz rozradować innych? Czy możesz rozradować się darami Bożymi, które cię otaczają? Co mówi Bóg do ciebie, poprzez twoje codzienne doświadczenia?
Czy Jezus radował się? Kiedy Jezus odczuwał emocjonalną reakcję radości i dawał jej wyraz? Niekiedy wydaje się to być "nieświętym" pytaniem czy też czymś niestosowanym, aby pytać o to Boga. Sądzę, że odnosimy takie wrażenie, wychodząc od modlitwy rozumianej jako coś eterycznego i spokojnego, w przeciwieństwie do radości, która jest czymś głośnym i hałaśliwym. Jeśli tak się sprawy mają to oczywiście, radość jest czymś niepodobnym do Boga i nieświętym.
Odpowiedź na nasze pytanie możemy odnaleźć, spoglądając i kontemplując w modlitewny sposób Jezusa obecnego na weselu w Kanie.
"Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: «Nie mają już wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?» Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie». Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: «Napełnijcie stągwie wodą». I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: «Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu». Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem - nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli - przywołał pana młodego i powiedział do niego: «Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory». Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie" (J 2,1-11).
Wiemy wszyscy, jak radosną uroczystością jest wesele. Wiemy także, dzięki Ewangelii św. Jana, że "(...) odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i Jezus z uczniami był na nie zaproszony". Wiemy dobrze, co znaczy zaprosić kogoś na przyjęcie. Zapraszamy na przyjęcia ludzi, którzy przebywając razem, będą się dobrze czuli. Często ludzie, którzy razem nie mogą dobrze bawić się, nie są zapraszani na to samo przyjęcie, by nie zepsuć uczty.
Wiemy również, że pierwszym cudem Jezusa była przemiana wody w wino w sześciu stągwiach kamiennych, z których każda zawierała 100 litrów. Sześćset litrów wina, aby podtrzymać dobrą zabawę na przyjęciu!!! Wystarczy nam kontemplować tę scenę, by udzielić sobie odpowiedzi na powyższe pytania.
Czy Jezus odczuwał radość? Odpowiedź brzmi: tak. Wynika z tego, że odczuwanie radości jest święte i przyjemne Bogu, ponieważ to właśnie czynił Jezus.
Zatem, badając nasze sumienie, przypatrzmy się sobie. Pozwólmy odkryć doświadczenia miłości w ostatnich godzinach, zobaczmy, że są one darem Bożym. Czy postrzegamy te doświadczenia radości jako dary pochodzące od Boga? Czy radujemy się, czy też przechodzimy obok nich obojętnie? Zobaczmy wezwanie, jakim jest zjednoczenie z Jezusem w Jego radości. Ta radość jest święta.
To właśnie, zastanawiając się nad naszymi doświadczeniami radości, badając nasze sumienie, dajemy Bogu czas i okazję do objawienia nam Jego obecności, Jego bliskości, Jego gorącej miłości do nas.
Zaakceptujmy Boże dary. Ofiarujmy siebie samych Bogu w ofierze wdzięczności, przyjmując Boga w tych darach. Zastanówmy się nad naszymi własnymi doświadczeniami radości oraz doświadczeniami radości Chrystusa, naszego Boga. Zastanówmy się nad tym w modlitewnej refleksji.

Wśród wielu trosk, które przenikają nasze serca, nie możemy zapomnieć o dbałości o nasze życie duchowe. [ 1 ] W poprzednich numerach zastanawialiśmy się nad potrzebą rachunku sumienia oraz odkrycia naszego doświadczenia miłości i radości. Teraz zapraszam do refleksji nad doświadczeniami naszego lęku, żalu i złości.
Doświadczenie  lęku
Czy my, jako ludzkie istoty, kiedykolwiek doświadczamy lęku? Przyjrzyjmy się sobie samym. Lękamy się wojny, wysokości, dzikich zwierząt, trzęsień ziemi, szybkiej jazdy, gwałtownej wichury, lękamy się, że ktoś nas napadnie czy też zgwałci, odczuwamy lęk przed kradzieżą, zranieniem...
Lęk jest ludzkim odczuciem, które może nas sparaliżować. Często słyszymy, że ktoś został "zmrożony lękiem". Lęk może na nas oddziaływać w ten sposób w wielu okolicznościach, ponieważ nie wiemy, co aktualnie odczuwamy. Niekiedy nie wiemy, że się boimy i nie wiemy, czego się boimy. To właśnie niepokój lub zagubienie jest wynikiem "bycia skamieniałym" lub "sparaliżowanym". Gdy uświadomimy sobie, że jesteśmy przestraszeni i czego dokładnie boimy się, zapobiegamy uczuciom niepokoju i zagubienia osiągającym poziom, paraliżujący nas.
Zdarza się to, kiedy widzimy, iż nasz lęk jest normalny, gdy potrzebujemy, aby nie bać się innych ludzi czy też doświadczeń. W obydwu przypadkach uświadomionego lęku, zaczynamy od oswojenia się z nim. Przestajemy podchodzić do lęku z pogardą i potępieniem, a zaczynamy podziwiać własny lęk i podchodzić doń z czymś w rodzaju przyjaźni. Gdy to czynimy, paraliż znika i jesteśmy w stanie "bać się" całkiem spokojnie. Zaczynamy traktować lęk tak, jak winien być potraktowany: jako dar dany od Boga, dar mający na celu ochronę naszego bezpieczeństwa, zdrowia czy też życia osób umiłowanych w Panu.
Czy często jesteśmy sparaliżowani czy też skamieniali z powodu lęku? Czy lęk jest naszym przyjacielem czy też wrogiem? Czy znamy doświadczenie lęku? Co mówi Bóg do nas poprzez doświadczenie lęku?
Czy Jezus kiedykolwiek odczuwał lęk i drżenie? Czy Jezus bał się? Przemódlmy scenę z Getsemani, spoglądając na Jezusa. On pocił się ze strachu, był wstrząśnięty i drżał na myśl o możliwości bycia ukrzyżowanym (por. Mt 26,36-46). To oznacza, że lękanie się, odczuwanie strachu oraz drżenie jest "święte", ponieważ Jezus lękał się, odczuwał strach i drżał. Jezus zaś jest "świętością". A zatem to, czego doświadczał Jezus, jest święte.
To może nam pomóc przybliżyć się poprzez rachunek sumienia do naszych doświadczeń lęku dnia codziennego. Możemy odnieść wszystkie te doświadczenia do przyjaciela - Boga, który jest bardziej ich źródłem, niż jakimś filtrem lękliwych doświadczeń naszego życia. Pozwólmy Bogu przemówić do nas poprzez nasz lęk o relację do Niego. Jest to ten sam lęk, którego doświadczał Jezus. Gdy spoglądamy na nasze doświadczenia lęku podczas rachunku sumienia, obecność Boga pociesza nas i dodaje nam sił. Bóg pragnie ukazać nam samego siebie. Nieustanne wezwanie "w górę serca" nie jest niesłyszane przez Boga i nie pozostaje bez odpowiedzi; Bóg mówi do nas ponownie: "Oto ja jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata" (Mt 28,20).
Gdy przypatrujemy się naszym pełnym lęku doświadczeniom podczas rachunku sumienia, widzimy je z naszym Bogiem, który był zalękniony i drżał tak, jak my to czynimy. Mamy przyjaciela. Tutaj nasza zależność od mocy i mądrości Boga, który nas kocha, jest przyczyną naszego zwrócenia się do Niego. On delikatnie poklepuje nas po ramieniu i podtrzymuje w trudnych wydarzeniach i sytuacjach, tak jak pasterz wiodący trzodę. Bóg rozjaśnia naszą wizję i możemy widzieć, czym jest lęk. Boża obecność jest światłem w ciemnościach, które oświeca nas swoją mądrością, wiedzą. Oświeca nas od wewnątrz, uzdalniając do poznania, do zrozumienia co mamy czynić. Znajdujemy kogoś, komu możemy zaufać, kogoś, kto nas poprowadzi bezpieczną drogą. Możemy otworzyć się sami na tego przewodnika, na to światło, na tego pasterza: Jezusa, naszego Pana. Możemy ofiarować nasze doświadczenia naszemu Bogu. Tworzymy więź, trwałą więź. Zaufanie. Przyjaźń. Jedność. Miłość. Miłość, która została poddana próbie poprzez jej zdolność stawienia czoła prawdziwym doświadczeniom naszego życia! A zatem zastanówmy się nad naszymi własnymi doświadczeniami lęku oraz doświadczeniem lęku Jezusa, naszego Boga. Zastanówmy się nad tym wszystkim w modlitewnej refleksji.
Doświadczenie  żalu
Czy żal należy do ludzkich doświadczeń? Przypatrzmy się sobie samym, a zobaczymy! Kiedy umiera ktoś ukochany - współmałżonek, jedno z rodziców, dziecko, przyjaciel - doświadczamy wówczas żalu. Kiedy tracimy pracę, nasze uczucie zostało zdradzone czy też doznajemy zawodu, doświadczamy żalu. To wszystko jest stratą. Strata zaś wywołuje żal.
Żal jest głęboką, ludzką, emocjonalną reakcją na rzeczywistą lub postrzeganą stratę. Żal jest ludzką, emocjonalną reakcją na utratę relacji. Kiedy ktokolwiek nas porzuca czy też umiera, jesteśmy zranieni. Zranienie zaś jest staroświeckim słowem oznaczającym kombinację żalu i złości, jaka następuje w kimś, kto porzuca lub zmienia relację. To jest bolesne. Żal jest bolesny. Jest on skutkiem bliskości.
Bazuje na tym depresja. Ciemność. Smutek. Stanowi ona częste, codzienne doświadczenie życiowe. Słowo: "żegnaj" jest tak samo częścią naszego życiowego doświadczenia jak wyraz: "witaj!". Rozstania i żal, ból, zranienie oraz towarzysząca im złość stanowią nieodłączną część życia ludzkiego. Tam gdzie jest bliskość, tam również znajduje się możliwość rozstania. Jedyną drogą, by uniknąć żalu rozstania jest pozostawanie w bezpiecznym dystansie do każdego i wszystkich, jest niekochanie nikogo. A nawet gdyby tak było faktycznie, nie sposób uniknąć żalu, ponieważ stworzy go własna pustka oraz ból. Izolacja oraz pustka wynikające z niekochania nikogo stwarzają swoisty ból, ten zaś jest gorszy od żalu.
Czy Jezus bywał pełen żalu? Czy Jezus kiedykolwiek doświadczył żalu? Czy Jezus kiedykolwiek płakał? Czy to jest stosowne pytanie? Jezus odpowiada: "tak!" Widzimy to, kiedy kontemplujemy na modlitwie Jezusa płaczącego nad Jerozolimą: "Gdy był już blisko, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd" (Łk 19,41-43).
Pan Jezus płakał także wtedy, gdy dowiedział się o śmierci swego przyjaciela Łazarza (por. J 11,32-44). To oznacza, że odczuwanie żalu oraz płacz jest rzeczą "świętą", ponieważ Jezus odczuwał żal i płakał. To zaś, czego doświadczał Jezus, jest "święte".
Czyniąc rachunek sumienia, pozwólmy zatracić się w żalu, jaki doświadczyliśmy w ciągu mijających godzin. Zobaczmy, jak Chrystus doświadczył tego samego żalu. Zobaczmy, jak głęboka jest więź, która łączy nas z Chrystusem Panem.
Doświadczenie żalu, któremu przyglądamy się w czasie rachunku sumienia w Bożej obecności, pozwala nam na intymną bliskość z Bogiem, wykazującym niespotykaną czułość i troskę, aby być z nami. Powierzamy żal naszemu Bogu i odczuwamy, że Bóg nas rozumie, odczuwamy więź z Bogiem - Emmanuelem. Gdy dzielimy się naszym smutkiem, doświadczamy obecności przyjaciela, naszego Stwórcy i Pana. To oznacza doświadczanie Boga w naszym codziennym życiu, w naszym codziennym doświadczeniu żalu. Przyjrzyjmy się w modlitewnej kontemplacji cierpienia, żalu i poczucia straty, której doświadczył Jezus. Gdy to czynimy, jesteśmy świadomi, że on wie, o czym mu mówimy, ujawniając osamotnienie, poczucie zagubienia podczas rachunku sumienia. W tym dialogu, w tym dzieleniu się z Chrystusem, otrzymujemy dar widzenia tego, że nasze własne cierpienie, nasz własny żal jest tym samym żalem, który odczuwał Chrystus. Łaska przynosi owoc w postaci głębokiego poczucia naszej więzi z Jezusem w codziennym życiowym doświadczeniu żalu. To właśnie owa więź daje zrozumienie i pokój. Zastanówmy się zatem nad naszymi własnymi doświadczeniami żalu oraz doświadczeniami żalu Jezusa Chrystusa.
Doświadczenie  złości
Spójrzmy na siebie samych, czy kiedykolwiek popadaliśmy w złość? Czasami jest to bardzo kontrowersyjne pytanie. Jako ludzkie istoty, usiłujemy odpowiedzieć na to pytanie przy pomocy dwóch, przeciwstawnych odpowiedzi i czujemy się niemal usprawiedliwieni, negując każdą z tych alternatyw. Mówimy, na przykład: "Ależ tak, oczywiście, popadam w złość. Każdy się złości". Możemy też nie przyznawać się w ogóle do złości i mówić: "Jestem kochającą, pełną wiary osobą. Nie jestem osobą pełną złości, nie chcę się taką stać". Faktycznie nie mamy realnego wyboru. Odczucia są po prostu reakcją, jaka się w nas ujawnia. Jak powiedział święty Tomasz: "Odczucie jest po prostu reakcją odpowiedzi". W odczuciu nie ma nic złego ani dobrego. Odczucia po prostu "istnieją". Występują zanim mamy jakikolwiek wybór pomiędzy nimi.
Ktoś rysuje rylcem po karoserii mojego samochodu nowej generacji, zaparkowanego przed supermarketem. Wychodzę ze sklepu, widzę i wpadam we wściekłość. Ktoś miał przynieść warzywa oraz deser w ramach wspólnie przyrządzanego posiłku, lecz zapomniał. Jestem wściekły. Ktoś uprzedza mnie w stołówce szkolnej i zgarnia przed nosem mój posiłek. Jestem wściekły...
Ludzkie istoty reagują bezpośrednio, a bezpośrednią reakcją na zranienie jest złość. Złość nie jest ani niczym złym, ani niczym dobrym, jest po prostu reakcją. Jeśli jednak jest czymś dobrym, wówczas jest reakcją będącą Bożym darem. Złość przysporzyła światu więcej dobra niż miłość. Jak wiele tuneli podziemnych zostało wydrążonych z tego powodu, że ludzkie istoty wściekały się, będąc zmuszone obchodzić dookoła górę? Złość zaakceptowana może zostać wykorzystana konstruktywnie o wiele bardziej niż wówczas, gdy jest odrzucana. Złość z powodu konieczności nieustannego obchodzenia góry winna być wykorzystana, a nie zanegowana. Powinniśmy raczej nie tyle wypierać złość, co pozwolić jej dostymulować naszą pracę i pomóc nam znaleźć lepsze rozwiązanie. Ostatecznie nasza złość, frustracja oraz wściekłość przynoszą efekt w postaci wymyślenia idei wydrążenia tunelu w górze; nie musimy jej już więcej obchodzić. Ile jednak wysiłku kosztuje wydrążenie tunelu! Gdzie znaleźlibyśmy tyle siły i energii, by wykonać tę pracę? Zaczerpniemy je z naszej złości, frustracji i wściekłości, danych nam przez Boga darów ludzkiej energii ku przekształcaniu rzeczy, które winny być zmienione.
Czy dostrzegamy swoją złość oraz złość naszych przyjaciół? Jeśli tak jest faktycznie, czy mamy zespół zachowań, wśród których możemy wybrać właściwe działania, aby wyrazić nasze odczucie złości?
Czy Jezus bywał zezłoszczony? Czy odczuwał wściekłość? Czy kiedykolwiek Jezus dał wyraz złości? Te pytania również mogą stwarzać wrażenie "nieświętych". Jeśli jednak przyjrzymy się Jezusowi w kontemplacyjnej modlitwie, jak podnosi swój głos na faryzeuszy, nazywając ich hipokrytami, jeśli zobaczymy Jezusa wywracającego stoły z pieniędzmi bankierów w świątyni (por. J 2,13-22), znajdziemy odpowiedź na te pytania.
Tak, Jezus wpadał w złość! W prawdziwą złość! To oznacza, że "złoszczenie się" staje się czymś świętym, ponieważ Jezus jest świętością Boga, a to, czego doświadczał Jezus, jest święte. Bycie zdenerwowanym, odczuwanie złości i wyrażenie jej na zewnątrz jest święte, ponieważ Jezus odczuwał złość i dawał temu wyraz. Pozwólmy Panu poruszyć nas, oświecić swoimi inspiracjami, abyśmy potrafili wybrać własne środki wyrażania złości. Rodzi się pytanie, czy postrzegamy swoją własną złość jako coś "świętego"? Podczas rachunku sumienia winniśmy przypomnieć sobie nasze doświadczenia złości z ostatnich kilku godzin i zestawić je z doświadczeniami, jakie przeżywał Jezus, aby pozwolić objawić się łasce Bożej.
Miłość Boża pozwala nam zaakceptować nasz ból oraz naszą złość. Bóg dowodzi, że jest obecny osobiście w doświadczeniach, pouczając nas, oświecając, udzielając daru wytrwałości, sprawiedliwości, odwagi, siły i akceptacji. Przyjmijmy ponownie usilne zaproszenie Boga wobec doświadczeń, które wzywają nas do większej otwartości i szczerości. Otrzymujemy Słowo Boże w naszych doświadczeniach złości. Na nowo dotykamy wielu aspektów tego odczucia: wymiarów naszego własnego egoizmu, obecności Boga wzywającego nas do zażyłości ze sobą, wezwania do bycia bliżej siebie samego i zaakceptowania naszego codziennego doświadczenia złości, tak jak Pan zaakceptował i ukochał swoją własną złość.
Teraz wraz z Chrystusem przyglądamy się własnej złości. Tutaj, w naszym rachunku sumienia, łaska Boża może oświecić nasz słuszny i święty gniew. Łaska Boża jest w stanie pomóc nam być wdzięcznymi za dar złości, za dobry dar. Łaska Boża może nas oświecić, wskazywać, jaki sposób zachowania mamy wybrać, aby dać wyraz naszej złości.
Zastanówmy się nad własnymi doświadczeniami złości, nad doświadczeniem złości w codziennym życiu Jezusa, naszego Boga. Pochylmy się nad tym wszystkim w modlitewnej refleksji.

Mariusz Bigiel SI - tłumacz książek Jose H. Prado Floresa i Emilien Tardifa, współpracuje ze Szkołą Ewangelizacji i Rozeznania Duchowego Łodzi, rekolekcjonista, prowadzi Ćwiczenia Duchowne św. Ignacego, kapelan ZHR.

1  Artykuł jest fragmentem książki Roberta Fabinga SI, "Doświadczenie Boga w życiu codziennym" w tłumaczeniu Mariusza Bigiela SI. Pozycja ta zostanie niebawem wydana przez Wydawnictwo Ośrodek Odnowy w Duchu Świętym w Łodzi.
Copyright © by Katecheta, Zeszyt 4/2001